Można
Ale po co?
Od piątkowego wieczoru internet tonie w analizach i interpretacjach opolskiego Festiwalu Polskiej Piosenki, produkując w ilościach hurtowych żale i jęki, że oto po raz kolejny było miałko, nijako i o zgrozo – rozczarowująco.
Było źle. Nie da się ukryć.
Tak – piątkowych debiutantów zjadłaby na śniadanie pierwsza lepsza parafialna schola z Chróściny Opolskiej, wybudzona właśnie z zimowego letargu i to na spotkaniu integracyjnym. To prawda – wysłani 50 lat temu w przyszłość Skaldowie przestraszyliby się nie tylko własnego oblicza i nietrafionego outfitu Agaty Młynarskiej, ale i poziomu opolskiej rozgrywki. Superjedynki standardowo – warte dokładnie tyle, ile zwycięska piosenka Michała Szpaka i plastikowa szkatułka ze sklepu „Wszystko za 5 PLN”. Do tego prapremierowe wykonanie nieznanej nikomu „Dumki na dwa serca” Edyty Górniak i Mietka Szcześniaka oraz wisienka na torcie – Pudzian i Muffashion w roli muzycznych ekspertów. Miejmy nadzieję, że w amfiteatrze zabrakło przedstawicieli „Rolling Stone’a”, bo warszawskie ścianki z tęsknoty zapłakałyby się na śmierć.
„Festiwal obciachu”? „Muzyczny paździerz”? „Żałosny spektakl”? Oczywiście, że tak. Totalnie!
Nie zgadzam się jednak z tezą, że Festiwal od lat poszukuje właściwej formuły, która pozwoli mu przetrwać w świecie snapchata. Ubrane w barwne fatałaszki a’la Maryla Rodowicz, celebrujące rokrocznie benefis tych, co to ze sceny jak już w końcu zejdą to tylko pokonani, a nadto okraszone kabaretonem najniższego sortu – Opole ma się najlepiej od lat. Skręcając w kierunku eurowizji, zamroziło swój elektorat – serwując mu wazelinowe igrzyska i różową watę cukrową bez ograniczeń. A publiczność ani myśli rozprawić się z organizatorami przy pomocy przycisku na swoim pilocie.
Polska piosenka nie umarła. Jarmarczno – sentymentalny układ opolski to w czasach genialnych line-upów ( choćby tegoroczny Open’er ) zjawisko, które można śledzić z sentymentu, przymusu lub mając dziwny temat pracy magisterskiej. Z przyzwyczajenia, nudy, tęsknoty etc.
Można się pośmiać, wzruszyć, lub jak ja – mieć to gdzieś.
A leżącego z całą pewnością należy zostawić w spokoju. Ponieważ ten, zamiast zbierania gnatów z podłogi, może chillować na łączce – rechocząc z nas w najlepsze w rytm opolskiego dżingla.
Więcej tekstów na moim blogu. Polecam.
