Opolski Matrix

opole.fotopolska.eu
Nie kopie się leżącego. Co to, to nie. Nigdy. Tę zasadę przekazał mi tata niedługo po tym gdy zorientowałem się, że nogi to takie fajne kończyny, na których w przeciwieństwie do rąk można śmiało pomaszerować w nieznane.

To nie sztuka opluć Gołotę w 94 sekundzie starcia z Lenoxem Lewisem, podczas zeszłorocznego półfinału wbić Brazylii gola na 8:0, czy w II turze oddać głos na Andrzeja Dudę w dwie godziny po zamknięciu wyborczych lokali.


Można

Ale po co?

Od piątkowego wieczoru internet tonie w analizach i interpretacjach opolskiego Festiwalu Polskiej Piosenki, produkując w ilościach hurtowych żale i jęki, że oto po raz kolejny było miałko, nijako i o zgrozo – rozczarowująco.

Było źle. Nie da się ukryć.

Tak – piątkowych debiutantów zjadłaby na śniadanie pierwsza lepsza parafialna schola z Chróściny Opolskiej, wybudzona właśnie z zimowego letargu i to na spotkaniu integracyjnym. To prawda – wysłani 50 lat temu w przyszłość Skaldowie przestraszyliby się nie tylko własnego oblicza i nietrafionego outfitu Agaty Młynarskiej, ale i poziomu opolskiej rozgrywki. Superjedynki standardowo – warte dokładnie tyle, ile zwycięska piosenka Michała Szpaka i plastikowa szkatułka ze sklepu „Wszystko za 5 PLN”. Do tego prapremierowe wykonanie nieznanej nikomu „Dumki na dwa serca” Edyty Górniak i Mietka Szcześniaka oraz wisienka na torcie – Pudzian i Muffashion w roli muzycznych ekspertów. Miejmy nadzieję, że w amfiteatrze zabrakło przedstawicieli „Rolling Stone’a”, bo warszawskie ścianki z tęsknoty zapłakałyby się na śmierć.

„Festiwal obciachu”? „Muzyczny paździerz”? „Żałosny spektakl”? Oczywiście, że tak. Totalnie!

Nie zgadzam się jednak z tezą, że Festiwal od lat poszukuje właściwej formuły, która pozwoli mu przetrwać w świecie snapchata. Ubrane w barwne fatałaszki a’la Maryla Rodowicz, celebrujące rokrocznie benefis tych, co to ze sceny jak już w końcu zejdą to tylko pokonani, a nadto okraszone kabaretonem najniższego sortu – Opole ma się najlepiej od lat. Skręcając w kierunku eurowizji, zamroziło swój elektorat – serwując mu wazelinowe igrzyska i różową watę cukrową bez ograniczeń. A publiczność ani myśli rozprawić się z organizatorami przy pomocy przycisku na swoim pilocie.

Polska piosenka nie umarła. Jarmarczno – sentymentalny układ opolski to w czasach genialnych line-upów ( choćby tegoroczny Open’er ) zjawisko, które można śledzić z sentymentu, przymusu lub mając dziwny temat pracy magisterskiej. Z przyzwyczajenia, nudy, tęsknoty etc.

Można się pośmiać, wzruszyć, lub jak ja – mieć to gdzieś.

A leżącego z całą pewnością należy zostawić w spokoju. Ponieważ ten, zamiast zbierania gnatów z podłogi, może chillować na łączce – rechocząc z nas w najlepsze w rytm opolskiego dżingla.

Więcej tekstów na moim blogu. Polecam.
Trwa ładowanie komentarzy...