O autorze
Autor bloga http://marmolada.st/ Pisze, bo słyszał o sobie, że robi to wybornie. Wie o popkulturze niemal wszystko. W przyszłości ma ambicje zostać mesjaszem polskiej blogosfery. Chwilowo zajęty przedefiniowaniem związków między kulturą wyższą a lifestylem. W żadnym wypadku krytyk.

Śledź mnie: FACEBOOK

Nigdzie się nie wybieram

www.jaziravoyages.ma
Wczoraj późny wieczór, kilkanaście sekund po ogłoszeniu sondażowych wyników od exit pollu – facebookowe walle zapełniają się dziesiątkami żałobnych wpisów sugerujących, że oto naszą ojczyznę nawiedziła niezidentyfikowana apokalipsa.

Potworne tsunami, epidemia eboli, samolot wbity w 32 kondygnację Pałacu Kultury? Ufff. Tym razem wszyscy cali.

Prezydent – elekt nie zdążył jeszcze podziękować małżonce za wsparcie w kampanii, a internetowa wojna rozgorzała na dobre. Obok Andrzeja Dudy i PiS-u niespodziewanym beneficjentem wczorajszych wyborów zostaje RyanAir. Zwolennicy ustępującego prezydenta masowo deklarują wyjazd w każdy zakątek świata, byle dalej i jak najdalej stąd, wieszcząc polityczny armagedon, który już niedługo zafundują nam Kaczyński z Macierewiczem. Oświadczenia to prawie tak wiarygodne, jak te fundowane przez kandydatów mniej więcej od stycznia.

I choć do głosowania na Dudę zmusić mogłyby mnie co najwyżej metody Ramseya Boltona, przyjmuję wynik ze zrozumieniem. Bo jak inaczej? Kilkanaście niezłych minut debaty w wykonaniu Komorowskiego to nieco za mało, aby dyndającego dumnie na żyrandolu prezydenta wybrać z miłości szczerej, a nie pospolitego rozsądku. Nagłe przebudzenie z pięcioletniego letargu jest niewystarczające, aby z miejsca przebrać się za męża stanu.

Nie przyjmuję jednak do wiadomości tezy, że już jutro obudzę się w kraju, którego z urzędu powinienem się wstydzić, fantazjując przez sen o zmywaku, gdzieś w sercu londyńskiego Soho.

Gdyby to wybory prezydenckie miały decydować o moim szczęściu lub jego braku, byłbym prawdopodobnie jednym z najsmutniejszych ludzi na naszej planecie, wysyłającym żałosne twitty czy spamującym walle nielicznych znajomych. BANG!

O swoim losie decyduję sam. I z całą pewnością nigdzie się nie wybieram. Zamiast szukać 500,00 złotych w bezpodstawnych obietnicach, wstanę z łóżka i zwyczajnie je zarobię. Zamiast narzekać - znajdę pomysł na siebie. Zamiast martwić się emeryturą – będę żyć tu i teraz. Radości poszukam w oczach najbliższych, a nie w wyświechtanym wyborczym frazesie. Prawdy z kolei – jak najdalej od polityki. Zamiast hejtować – dam szansę. Innym, a przede wszystkim samemu sobie.

Bo to gdzie się jutro obudzisz, gwarantuję - zależy wyłącznie od Ciebie.

Mokotów, Wałbrzych, Dublin, Honolulu. Sky is the limit.

WYBORY to bez wątpienia najważniejsza rzecz na świecie.

Te życiowe. TWOJE.

Te prezydenckie to nieźle sprzedające się nagłówki w dziennikach i kilka dni darmowej kawy przy stacji Metro Centrum.

Spokojniej nocy.

Więcej tekstów na moim blogu. Polecam.
Trwa ładowanie komentarzy...