Splash się zgadza. Flesz także

rozrywka.dziennik.pl
To był taki fajny miesiąc. Nie dość, że wiosna na dobre zadomawia się we wrocławskich parkach, pierwszy Polak na boiskach NFL, a zwiastun „Przebudzenia mocy” w popkulturalnej świadomości mas - to jeszcze „blogerka modowa” Michał Witkowski oszczędzał nam swojego towarzystwa w porannej prasówce, kolejną stylizacją nie naraził poczucia estetyki na męczące mdłości a chybionymi wypowiedziami nie potwierdził po raz n-ty, że czasem przy znanym pisarzu i Paris Hilton może błyszczeć elokwencją, niczym Marek Antoniusz na agorze.

Ktoś mądry powiedział kiedyś, że nic, co dobre, nie może trwać wiecznie. I nagle BACH. Jest i on. To niełatwe, ale skradł show nawet swoim współtowarzyszom, przebranym (prawdopodobnie) za bociana i smutnego brodacza w ciemnym kapeluszu. Witkowski ewidentnie chciał przebić kompanów i swoje nazwisko na stopki poniedziałkowych serwisów.



Jak? Nad Wisłą dobrze sprawdzi się kapelusz ze znakiem nazistowskiej organizacji SS, dumnie prezentowany na ściance podczas jednego z pokazów mody.

Prowokacja ma sens jedynie wtedy, gdy gęsiego tuż za nią kroczą trafny kontekst, cel i problem, na który ma zwrócić uwagę. W innym przypadku nawet najbardziej kolorowy performance zamieni się w żenującą chałturę. Świetnie rozumiem, że są ludzie którzy dla tych kilku fleszy oplują własną godność i wskoczą na główkę do szamba – byle tylko „splash” się zgadzał. Brak szacunku do samego siebie nie może jednak usprawiedliwiać mieszania z błotem symboli, w obliczu których wielu czytających te słowa straciło kogoś, po kim zamiast zdjęć zostały wyłącznie przekazywane z pokolenia na pokolenie tańczące z historią geny.

Tarczą, za którą tchórzliwie skryjemy dumę i kompleksy, nie może być również orientacja seksualna. Homo kontekst to wywołana przez autora kakofonia i zagłuszanie głupoty, wobec której także pozostajemy równi. Jeśli ktoś chce, może uznać „Lubiewo” za głos pokolenia, jednak prymitywnych prowokacji Witkowski nie usprawiedliwi już przez kolejne publiczne mianowanie się „ciotą”, założenie statku na głowę, a nawet wytatuowanie penisa na czole. Nie tędy droga.

Witkowski właśnie dokonał eksterminacji wizerunku samego siebie jako autora, którego słowo jest cokolwiek warte. I okazuje się, że pod płaszczykiem plastikowych kontrowersji, nienawiścią do inności innej niż własna i kilkoma kolorowymi łaszkami nie kryje się tak naprawdę nic ciekawego. I kiedy wreszcie to zrozumiemy, czeka nas naprawdę przyjemne lato.
Trwa ładowanie komentarzy...